Rekomendowane książki
„Grochów” i „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka
„Lalka” Bolesława Prusa
„Dżuma” Alberta Camusa
„Gargantua i Pantagruel” Francoisa Rabelaise’a
„Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej
„Śmierć w Wenecji” Tomasza Manna
Książka mojego dzieciństwa to:
Nauczyłem się czytać jako pięciolatek, na serii „Gucio i Cezar” Bohdana Butenki – rodzice czytali mi te krótkie teksty w nieskończoność, a ja domagałem się wciąż ponownej lektury, do momentu, kiedy z niezrozumiałych hieroglifów nauczyłem się wyodrębniać litery i nauczyłem się sam czytać. Niedawno miałem okazję powiedzieć o tym osobiście Butence. Dla mnie nie „Ala ma kota” z egzemplarza Falskiego było tym pierwszym samodzielnie przeczytanym zdaniem, ale bardziej skomplikowana fraza o rzece Musztardowej.
Książka, do której wracam to:
Jest kilka takich książek – na różnych etapach życia pojawiają się inne tytuły. Zawsze przy moim łóżku leży tom, po który sięgam jak po lek na bardzo konkretną chorobę. Ostatnim takim tytułem był „Grochów” Stasiuka – zbiór opowiadań, których tematem było pożegnanie, śmierć, odchodzenie, przemijanie.
Czasem wystarczy krótki fragment – tak jest z twórczością Janusza Rudnickiego, którego proza świetnie pomaga rozładować złe emocje. Czasem kilka zdań z „Pawia królowej” albo „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej pozwala złapać dystans do tego, co nas w codzienności uwiera. Podobnie działa na mnie „Drwal” Witkowskiego, a w szczególności scena odwiedzin u Krewetki. I mimo że jest to książka znacznie głębsza, bynajmniej nie do śmiechu, kilkakrotnie, czytając ją, wyłem z radości. Co jest sztuką, która rzadko się udaje specjalistom od komedii – na ich zabiegi często pozostaję obojętny. Witkowski nie sięga po żadne gagi, ale sam drobiazgowy opis drobnomiasteczkowego mieszkanka Krewetki jest więcej wart niż ich tysiące.
Wracam też często do Tadeusza Różewicza – prostota i oszczędność, a jednocześnie celność obserwacji, to wszystko składa się na szlachetną klarowność, która mnie porusza i która nie poddaje się upływowi czasu. A w jego bogatej twórczości poetyckiej łatwo można znaleźć komentarz do rzeczywistości.
Książka, która mnie zainspirowała to:
Z każdej podróży wracam ze znacząco cięższą walizką, cały w strachu, że na lotnisku doliczą mi za nadbagaż. Przywożę w niej książki – ilustrowane, najczęściej skierowane do dziecięcego odbiorcy, choć nie tylko – zdarza mi się też kupować ciekawe, autorskie komiksy. Jedna z takich zdobyczy, „Un dia en Born” Juliet Pomes Leiz, wypatrzona w witrynie… sklepu mięsnego w barcelońskiej dzielnicy El Born, zainspirowała mnie do stworzenia obrazkowej opowieści o wrocławskiej Dzielnicy Czterech Świątyń, do której teksty napisała Beata Maciejewska. Barcelońska książeczka tekstów zawierała niewiele – tam przede wszystkim ilustracje opowiadały historię dzielnicy, ale przede wszystkim pokazywały jej całkiem współczesne, codzienne życie.
Książka ważna zawodowo to:
Cały mój dom oraz uczelnianą pracownię wypełniają książki, które można by upchnąć do szuflady pod takim właśnie hasłem, gdyby nie to, że w żaden sposób by się w niej nie zmieściły. Mam też nadzieję, że lista książek zawodowo ważnych nie skończy się nigdy i że wciąż będę z wielką frajdą i ciekawością odwiedzał księgarnie, szukając kolejnych skarbów. A ponieważ każda z nich jest ważna, każdej towarzyszą emocje, nie jestem w stanie zbudować hierarchii, na której szczycie znalazłaby się ta jedna, wybrana, najistotniejsza. Ale, no dobrze, niech będzie – to „Pali się!” Jana Brzechwy z ilustracjami Bohdana Butenki, cenna lekcja swobody i wolności, jaką może dysponować ilustrator.
Książka ostatnio przeczytana:
Mam tendencję do czytania wielu książek na raz, więc przy moim łóżku leży cały stos lektur. Są to zarówno nowości, jak i książki wydane dość dawno, których lektura ominęła mnie w przeszłości. W tej chwili na czubku piramidy leży kupiony kilka dni temu „Wschód” Stasiuka – na wszystkie jego książki niecierpliwie czekam, a ich lektura jest dla mnie takim dorocznym świętem. Obok „Wschodu” leży coś z przeciwnego bieguna – „Jesień średniowiecza” Johana Huizingi to rzecz o zachodzie Europy i o zmierzchu zarazem. O przeczuciu nowej epoki i o intensywności uczuć, jaka mu towarzyszy. Zaskoczyło mnie, jak daleko była ona posunięta – jak mocno eksponowano emocje, aż do przesady, której odzwierciedleniem były ówczesne obyczaje, ceremonie, ale też graniczący z ekstrawagancją strój. Pod „Jesienią” leży dwóch Gondowiczów – tomy „Pan tu nie stał” i „Duch opowieści”, które podczytuję przed zaśnięciem, delektując się erudycją i wyrafinowanym poczuciem humoru autora. To jeden z niewielu felietonistów, przy lekturze którego tekstów zdarza mi się ryknąć głośnym śmiechem (drugim jest Maciej Sieńczyk, felietonista Dwutygodnika i znakomity rysownik). Jest jeszcze biografia Mickiewicza pióra Romana Koropeckiego – jakiś czas temu utknąłem z autorem „Dziadów” w Odessie, tak jak z Orhanem Pamukiem w Stambule, bo odciągnęli mnie od nich Stasiuk, Huizinga i Gondowicz.
Książka, którą każdy przeczytać powinien:
Nie wydaje mi się, żeby taka jedna, podstawowa lektura, nadająca się dla każdego czytelnika istniała. Wiem natomiast, że zawsze, kiedy wpadam w najczarniejszy z czarnych nastrojów, sięgam po fragment „Gargantui i Pantagruela” Francoisa Rabelaise’a – opis podcierania zadka młodą gąską. Działa niezawodnie, łagodzi wszelki ból istnienia. Polecam najusilniej. Ale czy każdemu?
Książka, od której zaczęła się moja miłość do czytania to:
Kiedy znałem już na pamięć przygody Gucia i Cezara, sięgnąłem po Kiedy popularny cykl Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim. I tu mój apetyt na lekturę zaczął niepowstrzymanie rosnąć, bo jednocześnie pochłaniałem Samochodziki Nienackiego oraz książki z serii „Bitwy. Kampanie. Dowódcy”, wydawanej przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Polscy wodzowie, jak Stefan Żółkiewski czy Jan Karol Chodkiewicz byli bohaterami mojego dzieciństwa.
Książka do walizki to:
To zależy od kierunku podróży. Dokądkolwiek jadę, staram się zabierać ze sobą książki, które pozwolą mi przybliżyć się i zrozumieć cel mojej podróży. I nie są to bynajmniej przewodniki. Ostatnio w podróży po Włoszech towarzyszyły mi książki Pawła Muratowa („Obrazy Włoch. Toskania i Umbria”), Marka Zagańczyka („Droga do Sieny” i „Cyprysy i topole”) oraz Zbigniewa Herberta („Barbarzyńca w ogrodzie”). Z doświadczenia wiem, że literatura i – szerzej – sztuka mogą być skuteczniejszymi przewodnikami niż napisane suchym językiem książeczki opatrzone logiem Pascala czy Michelina. W wycieczkach po Toskanii znakomitym przewodnikiem może być też kino – towarzyszyły mi obrazy z „Nostalgii” Andrieja Tarkowskiego, dzięki którym trafiliśmy do zrujnowanego opactwa San Galgano i do etruskich term w Bagno Vignoni. Po Lizbonie przed rokiem spacerowałem śladami Fernando Pessoi i Jose Saramago, a przewodnikiem po Budapeszcie był „Gulasz z turula” Krzysztofa Vargi. Warto dać się prowadzić pisarzom, filmowcom, artystom – jest gwarancja, że podczas takiej podróży odkryjemy coś więcej niż dzięki typowym przewodnikom.
Książka, którą zamierzam przeczytać to:
Bardzo lubię książki Antoniego Kroha, wybitnego etnografa. Czekam na jego „Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa!”, która ma się wkrótce ukazać – opowieść o polskiej sztuce ludowej. Wiem też, znając wcześniejsze książki Mariusza Urbanka, że nie zawiodę się na jego „Lwowskiej szkole matematycznej”, która choć korzeniami sięga tytułowego miasta, to po wojnie przeniosła się do Wrocławia, w którym i ja dziś mieszkam.
Ur. 1967, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (obecnie ASP), grafik, ilustrator, rysownik, scenograf. Autor ilustracji do książek „Zrób sobie Wrocław”, „Tajemnice świętej dzielnicy”, „Przygody przyrody”, autor programu telewizyjnego „Zrób sobie gębę” w TVP, pedagog wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych.